ŻOŁNIERZ - OBYWATEL

Władysław Choma

Artykuł ppor. Władysława Chomy z 3 DSK, zamieszczony w czasopiśmie Goniec Karpacki w pierwszą rocznicę Bitwy o Monte Cassino, jest ilustracją do wykładu prof. Jana Kęsika Naród pod bronią. Społeczeństwo w programie polskiej polityki wojskowej, 1918-1939.

 

Kiedy historyk będzie w przyszłości badał materiały, odnoszące się do dziejów bitwy o Monte Cassino, wiele uwagi poświęci on morale żołnierza polskiego, który tam toczył bój. W każdej walce spotykamy się z przykładami indywidualnego męstwa żołnierzy, zdaje się jednak, że zmagania nasze o Cassino posiadały cechy, które nie tak łatwo znaleźć możemy w innych wypadkach. Nie możemy tu poprzestać na stwierdzeniu, że żołnierz polski walczył ofiarnie, wyróżniając się odwagą, ale wskazać musimy na zjawisko, które czynowi Monte Cassino dodaje wielkiego znaczenia, pogłębia go pod względem treści, oraz podwyższa sens skutków. Zjawiska te są związane z wszystkiemi czynami żołnierza polskiego, a jedynie warunki Cassino silniej to podkreśliły.

Po klęsce wrześniowej, dla tych co opuścili kraj pozostała dość wygodna możliwość deklarowania lojalności wobec sprzymierzonych i przeczekania ciężkiego okresu wojennego pracując tymczasem, na przykład w przemyśle. Czynili to ze znacznym powodzeniem nasi pobratyńcy słowiańscy, którzy nawet żołnierzami będąc dokładali starań, aby nie narażać się na niebezpieczeństwa wojny. Można było ostatecznie wojować tak, aby raczej stwarzać pozory, a nie wykonywać trudną treść. Nie wchodząc w moralną ocenę takiego postępowania musimy z naciskiem stwierdzić, że metoda ta była nam obca we wrześniu i nic nie zmieniło się w Narwiku i we Francji. Takich samych widział nas Tobruk i Gazala, takimi pozostaliśmy i we Włoszech. O możliwości dania z siebie maksimum wszystkiego myśleli najwyżsi dowódcy, analogicznie postępowali szeregowi. Front włoski dzielił się na odcinki, gdzie natężenie walk, stopnie trudności i niebezpieczeństwa były różne, można było wtedy przejść z nad Sangro pod Pescarę z odcinka górskiego na nadmorski, dlaczego więc Polacy mieli się wgryzać w skały Monte Cassino i porywać się na to, czego nie mogły dokonać wyborowe oddziały sprzymierzonych. Dlaczego Dowódca Korpusu chętnie przyjął propozycje użycia Korpusu w zdobyciu Monte Cassino, a zapewne tymi samymi pobudkami kierowali się żołnierze, skoro ani w czasie bitwy, ani po jej ukończeniu nie narzekali na to, że ich tam zaprowadzono. Istnienie tych pobudek może wyjaśnić zjawisko, że w momentach najpotworniejszych walk gdzie zdawało się, że w człowieku pozostał tylko samozachowawczy instynkt strachu, żołnierze zgłaszali się ochotniczo do wykonania najbardziej niebezpiecznych zadań. Z tego samego powodu kpt. Władysław Drelicharz (zginął 21.XI.1944), na którego w Gardzieli skierował się cały impet teutońskiej wściekłości, prosił, aby go stamtąd nie wycofywać. Do uzyskania sławy nie było mu to potrzebne, ale on przecież nie o tym wtedy myślał.

W podobny sposób postępowali inni. Śp. Stanisław Nosarzewski (zginął nad Chienti 23.VI.1944) z 3-go Baonu DSK jako ochotnik nawiązywał łączność między wysuniętymi elementami a dowódcą Baonu. Po raz drugi niósł pisemny rozkaz i nie mógł odszukać plutonu, który w międzyczasie zmienił miejsce. Mógł zrezygnować z dalszych poszukiwań, bo przecież wszystko odbywało się w nieustannym ogniu nieprzyjaciela, a jednak Nosarzewski, nie mogąc znaleźć plutonu, wracał, aby zawiadomić dowódcę o tym. W ciągłym ocieraniu się o śmierć, ostatnim wysiłkiem biegnie, pada zemdlony, trzymając w zaciśniętej ręce rozkaz. Porównanie tego w biegiem maratońskim byłoby krzywdą dla oceny wyczynu gońca bojowego.

W czasie natarcia na 593 niemłody już nosiciel miotacza płomieni, gdy spostrzegł, że Niemcy palą naszych ogniem, choć nie miał nadziei pełnego skutku działania miotacza, skoczył ku przodowi i bryznął ogniem. "Pół życia kosztował mię ten skok, ale niech psiekrwie wiedzą" - mówił później.

Dlaczego patrol ku Gardzieli w składzie: kpr. Franciszek Biernat, pchor. Józef Sidorowicz, strz. Bronisław Dobkowski i inni z 1-go Baonu DSK, wyginął 12 maja 1944 roku do jednego, a nie ustąpił, choć byłby usprawiedliwiony, gdyby się wycofał?

Dlaczego 17 maja 1944 roku płk. Karol Fanslau osobiście prowadził batalion do natarcia na 593, gdy każdy wiedział, że w dzień, przy kilkunastu krokach odległości od nieprzyjaciela, czeka go niechybna śmierć? W tym samym czasie i miejscu zginął również mjr. Józef Stojewski. Jak tłumaczyć sobie, że poszczególne kompanie Baonu, zdziesiątkowane, utraciwszy oficerów, nie wycofały się, ale w ciągu dnia czterokrotnie ruszały do ataku?

Czy nie jest to dziwne, że żołnierze tyłowych eszelonów, skąd mogli bezpiecznie obserwować jedyne w swoim rodzaju widowisko wojenne, szli na czas ataku do swoich oddziałów liniowych? Nikt nie chciał pozostać biernym.

Co myśleć o rannych z 12 maja 1944 roku, którzy w cztery dni później obandażowani, częściowo w ubiorze szpitalnym, znaleźli się w San Michele, dążąc do swego baonu w rejon 'Domku Doktora'.

Kiedy okazało się, że uderzenie 1 BSK nie osiągnęło oczekiwanego skutku, ktoś z żołnierzy zauważył że prawdopodobnie zastąpi ich 2 BSK, a wtedy plut. Stefan Niemier zwrócił uwagę, że w ramach działań Polskiego Korpusu 3 DSK ma zdobyć Klasztor. Działania są rozłożone na dwie Brygady. Jeżeli 2 BSK będzie musiała powtórzyć działania 1 BSK, to kto wykona ostatnie uderzenie? "To muszą zrobić Polacy. Nie chcę iść do tyłu, choćby głowę przyszło położyć. Po tylu stratach musimy klasztor zdobyć". Nie doczekał plut. Niemier tej chwili - zmarł z ran 18 maja 1944 roku.

Dnia 9 maja 1944 wspinałem się pod Maiolę. Idący żołnierze rozmawiali o tym, że niedawno na górę poszedł Dowódca 3 DSK, aby przemówić do delegacji Baonów. Żołnierze patrzyli na to w swój sposób i określali po swojemu: "Generał niepotrzebnie się naraża. Wystarczy, że zginął płk. Jastrzębski. My i tak wiemy, o co chodzi".

"Gdy patrzę na to wszystko - mówi drugi - wydaje mi się, że walczymy nie o Klasztor, ale o Warszawę".

Takich przykładów można przytoczyć dziesiątki i setki. W pierwszej chwili zdawać by się mogło, że mamy do czynienia z objawami zbiorowego szaleństwa i desperackiego zamiaru poniesienia śmierci dla Polski, analizując to widzimy jednak, że wszystkie te przykłady będą świadczyć o tym, że żołnierz polski dawał z siebie wszystko, nie szczędził ani krwi ani potu, a walcząc pod Monte Cassino nie traktował tego, jako jeden z wielu fragmentów akcji bojowej, ale zdawał sobie sprawę z tego, że tu chodzi o coś więcej. Ginąc i wydobywając z siebie ostatki sił rozumiał doskonale, że powodzenie Polaków w tej kampanii odbije się szerokim echem w świecie, że wiadomość o tym wciśnie się wszędzie, że dojdzie do wszystkich gabinetów ministerialnych, a zwycięstwo zaważy mocno na szali interesów Polski i zmusi świat do tego, aby znowu mówił o Polsce.

Dobrze zdawali sobie z tego sprawę polscy dowódcy, że nawet na spokojniejszym odcinku wykruszać się będzie powoli żołnierz, ale to zniknie w ogromie wypadków. Szafując krwią żołnierza chcieli uzyskać za to najwyższą cenę - jeżeli tak o tym można się wyrazić. Stawka o Monte Cassino była stawką va banque. Rozumieli wszyscy, że możemy wiele zyskać, a nie wolno nam przegrać. "Nie stać nas na to, aby nie zdobyć Monte Cassino" – brzmiał rozkaz Dowódcy. Zwycięstwo mogło być uzyskane jedynie przy najwyższym wysiłku wszystkich, ponieważ chodziło nie o jednorazowy, choćby duży zryw, ale o wiele dni trwający wprost nadludzki wysiłek fizyczny. Bo łatwiej można zdobyć się na jednorazowy ciężki atak. Wtedy gra rolę pierwszy poryw. Decydująca walka o Monte Cassino trwała bez przerwy siedem dni, w którym to czasie nie było odwodów w znaczeniu wypoczynkowym, kiedy wszyscy żołnierze byli zaangażowani w mniej lub więcej bezpośredniej walce. Można twierdzić, że równie wielką odpowiedzialność ponosił żołnierz, broniący zdobytego metru terenu, jak i ten, który prowadził nieprzerwany sznur mułów, niosących zaopatrzenie. Tu nie było mowy o porywie, o uniesieniu, ale w tym piekle na ziemi trzeba było całkowitego zaparcia się siebie, aby wytrwać.

Żadna z dotychczasowych ofensyw Sprzymierzonych na Monte Cassino nie trwała tak długo, dlatego też, znając sądy o słomianym ogniu Polaków, z tym większym szacunkiem odnosimy się do wysiłku żołnierza pod Monte Cassino. Było to nie tylko maksimum tego co człowiek indywidualnie, pod względem fizycznym i nerwowym, potrafi dać z siebie, ale był to najwyższy wynik świadomego wysiłku zespołowego. Na taki wysiłek zdobyć się można jedynie wtedy, gdy dając wszystko, z życiem włącznie, jest się całkowicie świadomym celu swego wysiłku.

Każde zwycięstwo jest dla żołnierza miłe, może chętnie tym chełpić się będzie, ale nie dlatego walczył żołnierz pod Klasztorem. Był on całkowicie świadomy tego, że walczy tylko pośrednio o drogę do Rzymu, a ostatecznym jego celem jest wolność Polski. Słowa o podobnej treści, znajdujące się w rozkazie Dowódcy Korpusu i Dowódcy 3 DSK nie były frazesami, ale też nic nie znalazło tak silnego oddźwięku w umysłach i sercach żołnierzy, jak właśnie zdanie, że walczymy o Polskę i dla Polski.

Wspominając o świadomej walce żołnierza polskiego nie czynimy tego dla wrzaskliwej propagandy, ani samochwalstwa, a stwierdziwszy bezsprzecznie sam fakt, podkreślamy swoją radość z tego powodu, że żołnierz polski doszedł do tak wysokiego poziomu, że powiedzenie o nim 'Żołnierz-Obywatel' zawiera naprawdę głęboką treść.

 

NATION UNDER ARMS